Start » Aktualności » 2004 » Wywiad z dżokejem Piotrem Piątkowskim

Wywiad z dżokejem Piotrem Piątkowskim

data publikacji: 08.12.2004, 20:11  |  autor: elwira   |  liczba komentarzy: 0

INDEN Fot. Beata Marczak

INDEN
Fot. Beata Marczak

Jak to się stało, że trafiłeś na wyścigi?

Piotr Piątkowski: Urodziłem się w miejscowości

oddalonej ok. 200km. od Warszawy. Na wyścigi

przyprowadził mnie kuzyn, który zaraził się bakcylem

i bardzo chciał spróbować swoich sił w tym sporcie,

okazał się jednak za ciężki. On odszedł, ja zostałem.

 

U kogo pracowałeś na początku?

P.P: Miałem szesnaście lat i zaczynałem od szkółki jeździeckiej, która w tamtych czasach funkcjonowała na Służewcu. Prowadził ją pan Kuśnieruk - były trener. Po szkółce, w której spędziłem miesiąc przeniosłem się do trenera Dzięciny.

 

Czy pamiętasz swój pierwszy wyścig?

P.P.: Tak, to było właśnie u trenera Dzięciny. Jechałem na koniu Elgon. To był arab.

 

I jak ci poszło?

P.P.: No, chyba nieźle, bo wygrałem.

 

A dużo czasu zajęło ci uzyskanie tytułu dżokeja?

P.P.: Patrząc z perspektywy polskich warunków - dużo. Kiedy wyjechałem z kraju do Niemiec, miałem na koncie 75 wygranych wyścigów.

Setny wyścig wygrałem w Bratysławie.

Normalnie, za granicą są amatorzy i zawodowi dżokeje. Nie trzeba wygrywać stu gonitw, aby być dżokejem.

 

Co było motywacją do wyjazdu do Niemiec, ciekawość, czy raczej wyższe zarobki?

P.P.: Wyższe zarobki, jak dla każdego wyjeżdżającego na zachód. Ciekawość była na drugim planie.

 

Kto był twoim pierwszym pracodawcą? Pracowałeś tylko jako chłopak stajenny, czy miałeś też okazje jeździć wyścigi?

P.P.: Pracowałem u Hansa Blume w Neuss. Początkowo, przez pół roku, jako chłopak stajenny.

 

A jak to się stało, że wyjechałeś do Wiednia, do trenera S. Bigusa?

P.P.: Z Niemiec wróciłem do Polski i tu dowiedziałem się od pana Szydlika, że trener Bigus  potrzebuje ludzi do pracy. I tak, dość szybko, wyjechałem znów za granicę.

 

Okres spędzony w Wiedniu na torze Freudenau był chyba dla ciebie dość szczęśliwy, bo wygrałeś kilka znaczących gonitw.

P.P.: Tak. Wygrałem nie dużo, ale kilka znaczących gonitw, a w tym Wielką nagrodę Austrii (Großer Preis von Austria G.I), Austriacki St.Leger (Österreichisches St.Leger, G. II) oraz nagrodę wyłaniająca zimowego faworyta na Derby (Winterfavorit für 2 jährigen, G. II Wien).

 

A miałeś okazje brać udział w austriackim Derby?

P.P.: Tak, ale nie zająłem żadnego przyzwoitego miejsca.

 

Po Wiedniu było Monachium, które chyba najmilej wspominasz.

P.P.: Tak Monachium darze sentymentem i zawsze chętnie tam wracam również w roli dżokeja. W stolicy Bawarii pracowałem początkowo u trenerskiej pary państwa Sonntag, następnie u trenera W. Figge, u którego mam do tej pory okazję dosiadać koni w wyścigach.

 

Czy można powiedzieć, że były to lata miodem i mlekiem płynące? Przecież sześciokrotnie byłeś czempionem dżokejskim Bawarii. To z pewnością trudne zadanie dla obcokrajowca.

P.P.: Wiadomo na początku nigdy nie jest łatwo.

 

A właściciele? - chętnie sadzali cię na konie, czy podchodzili do Ciebie z dystansem?

P.P.: Przez pierwszy rok właściwie jeździłem tylko u Sonntag-ów. Dopiero w połowie drugiego roku inni przekonali się do mojej jazdy.

 

Wiem, że brałeś udział w wyścigu kłusaków. Powiedz, proszę o swoich wrażeniach.

P.P.: Tak dwa razy – najpierw w Monachium później w Hamburgu. Nie pamiętam już dokładnie jakie miejsca zająłem, ale byłem gdzieś w środku stawki. A jakie wrażenia? Nie widać absolutnie nic oprócz końskiego zadu i ogona.

 

Czy były jeszcze jakieś inne końskie sporty, w których brałeś udział?

P.P.: Tak, grałem też w polo. Przyznam, że mnie się podobało bardzo, natomiast koniowi chyba mniej, bo niechcący dostał kilka razy kijem do gry, który do lekkich nie należy. Ogólnie wrażenia pozytywne.

 

Czy zdarzyło ci się brać udział w  znanych wyścigach w St. Moritz, po zamarzniętym jeziorze?

P.P.: Kilka razy, niestety bez większych sukcesów. Jazda ze świadomością, że pod tobą i koniem jest lód, to trochę dziwne uczucie.

 

A nie skusiłeś się nigdy na wyścig płotowy?

P.P.: Miałem pojechać raz w Wiedniu u trenera Bigusa. Koń nazywał się Capitan Nemo, a jego właścicielem był pracujący do tej pory u trenera - Tadeusz Bąbol. To miał być mój płotowy debiut i jednocześnie płotowy debiut konia. Koniec końców stwierdziliśmy, że jednak nie ja go będę dosiadać. Capitan Nemo nie ukończył wyścigu. Złamał nogę.

 

Wróćmy jeszcze do Monachium, to chyba tutaj lubiła cię najbardziej publiczność. Ponoć, kiedy rozstawałeś się z torem, zgotowano ci wielką fetę.

Tak, na koniec dnia wyścigowego zamówiono zespół muzyczny, a w czasie dnia była m.in. gonitwa Piotra Piątkowskiego,  którą  udało mi się nawet wygrać.

 

W Monachium żegnałeś się już z karierą wyścigową? Jakie miałeś dalsze plany po powrocie do kraju i dlaczego zdecydowałeś się brać udział  wyścigach na Służewcu?

P.P.: Przyjeżdżając do Polski nie miałem większych planów, myślałem o czymś, ale generalnie nie wiedziałem do końca, co chcę robić. Nie miałem też pojęcia o sytuacji, jaka w Polsce panuje. Nie stać mnie było na założenie większego biznesu. Po kilku miesiącach stwierdziłem, że oprócz tego, że potrafię jeździć, to nic więcej na razie nie umiem, albo nie mogę robić.

 

I dlatego zdecydowałeś się na powrót do zawodu?

P.P.: Tak, głównie dlatego.

 

Miałeś okazję jeździć na kilku torach europejskich, w tym w Paryżu, gdzie udało ci się wygrać. Co cię najbardziej urzekło w tych torach?

P.P.: Przede wszystkim profesjonalizm organizatorów no i publiczność.

 

A co z poziomem jazdy? Łatwo przestawiłeś się na nasze ”wyścigi na końcówkę”?

P.P.: No cóż trzeba było się szybko dostosować. Rozgrywanie wyścigów „na końcówkę”, to raczej wina trenerów i właścicieli, niż dżokei, bo najczęściej właściciele i trenerzy nie życzą sobie, żeby koń szedł z przodu. Mnóstwo koni wygrywa tylko wtedy, kiedy idzie po froncie.

 

No właśnie, co powiesz na temat ścisłej taktyki rzucanej przez niektórych trenerów, a czasem właścicieli?

P.P.: Dyspozycja powinna polegać na tym, że trener powie dżokejowi coś na temat konia, a nie dokładnie jak ma na nim jechać. Mam na myśli podanie informacji czy koń jest „ostry”, leniwy, czy lubi być „w koniach”, albo że koń ma wadę wzroku. Chyba nigdzie nie ma tak dużego przywiązania do wydawania ścisłej dyspozycji, jak w naszym kraju.

 

Czy zdarzyło ci się brać udział w wyścigu z jakimiś wyścigowymi sławami. Chodzi o dżokei.

P.P.: Nie jednego ograłem (śmiech). Z tych największych można wymienić Piggot-a . Ścigałem się też z Detorrim... Sporo ich przyjeżdżało do Niemiec.

 

A ulubione konie. Każdy je ma. Jakie były twoje?

P.P.: Jest jeden najbardziej ulubiony - Davanti. Moja firma tak się teraz nazywa. Nie był wcale orłem, ale był moim ulubieńcem.

 

Czy trudno jest pojechać wyścig na koniu, na którym się wcześniej nie jechało? Jak sobie z tym radzisz? Prosisz trenera, czy stałego dżokeja o wskazówki, czy raczej sam w wyścigu „na szybko" oceniasz jaki koń jest?

P.P.: Jeżeli koń jest w wyścigu bezproblemowy, zwykle od razu się z nim „dogaduję”. Jeśli zaś sprawia problemy, to trener powinien udzielić informacji i ewentualnych wskazówek.

 

Jeździsz czasem treningowe galopy przed wyścigami na koniach nie ze swojej stajni ?

P.P.: Tak.

 

Jaki był najtrudniejszy do przeprowadzenia koń w wyścigu?

P.P: Jest dużo takich koni. Takim najbliższym przykładem jest San Luis.

 

Jakie sprawiał problemy?

P.P: To koń, któremu wszystko musi się idealnie ułożyć, aby skutek był taki, jak w Wielkiej Warszawskiej.

 

Wielu dżokei nie lubi jeździć na koniach czystej krwi arabskiej. Niektórzy nazywają je „kotami”. Ty także odczuwasz niechęć do arabów?

P.P.: Niechęci nie odczuwam, ale wolę folbluty.

 

Brałeś udział w Derby Austriackich, Niemieckich, Polskich, Słowacji, Czech, ale tylko te ostatnie udało ci się wygrać? Gdzie byłeś najbliżej wygranej?

P.P.: W Słowackich byłem drugi, na tym samym koniu, na którym wygrałem Derby w Czechach. W Polskich najbliższe miejsce to drugie na Domusie, a w Niemieckich byłem trzeci na og. Acamani.

 

Masz już jakieś plany na zimę? Wielu służewieckich dżokei  planuje na zimę wyjazd za granicę. Myślisz o tym, czy wolisz się „byczyć” przed kominkiem w swoim domu na wsi?

P.P.: Wolę oczywiście to drugie.

 

Jazda konna, w twoim przypadku, to jeszcze pasja czy już raczej rutyna? Sprawia ci radość po tylu latach?

P.P.: Wiadomo, nie każdy wyścig sprawia radość, nie w każdych warunkach, ale na pewno nie jest to jeszcze dla mnie rutyna.

 

Jakie największe trudności sprawia ten zawód?

P.P.: W moim przypadku są to trudności związane z wysoką wagą.

 

Miałeś jakieś poważne wypadki podczas wyścigu?

P.P.: Na szczęście nie.

 

Każdy jeździec popełnia czasem błędy w wyścigu. Lepszy jest ten kto robi ich mniej. Potrafisz przyznać się do błędów popełnionych w wyścigu?

P.P.: Tak przyznaję się do błędów i jestem świadomy tego, że czasem z mojej winy koń nie zajął lepszego miejsca w wyścigu.

 

Dziękuje za rozmowę.

 

http://www.rennstall.pl