Start » Prezentacje » Wywiady » Wyścigi konne w Hong Kongu - wywiad z trenerem Sławomirem Walotkiem, cz. I

Wyścigi konne w Hong Kongu - wywiad z trenerem Sławomirem Walotkiem, cz. I

data publikacji: 24.08.2006, 23:39  |  autor: elwira   |  liczba komentarzy: 0

Trener Sławomir Walotek Warszawa, sierpień 2006 Fot.: FINISZ

Trener Sławomir Walotek
Warszawa, sierpień 2006
Fot.: FINISZ

Początek wyścigów konnych w Hong Kongu to, podobnie jak w Polsce, połowa XIX-go wieku. W czasie II wojny światowej, pod okupacją japońską wyginęło 100% koni. Hong Kong Jockey Club wznowił działalność w 1946 roku. Sprowadzono niewielką ilość koni z Australii i rozpoczęto wyścigi. Przez długi czas, miały one jedynie amatorski charakter. Dopiero w 1971 roku podjęto decyzję aby organizować wyścigi profesjonalne. Zaczęto sprowadzać więcej koni, uznanych trenerów, coraz lepszych dżokei i rozszerzano program gonitw. 

 

Obecnie sezon, to 78 dni wyścigowych, rozgrywanych w czasie 10 miesięcy w roku, od września do czerwca. Obroty w sezonie 2005/2006, to 60mldHK$ (ok.24mld zł).

 

 

 

Z przyjemnością prezentujemy pierwszą część wywiadu z trenerem tak znakomitych koni jak derbista `99 Country Club czy fenomenalny Galileo, Panem Sławomirem Walotkiem, pracującym od ponad 2 lat Hong Kongu.

 

FINISZ: Jak to się stało, że wyjechał Pan do Hong Kongu?

Sławomir Walotek: Po tym jak zrezygnowałem z pracy na Służewcu miałem dużo wolnego  czasu. Zainteresowałem się wyścigami w Hong Kongu, ponieważ pracuje tam mój dobry kolega, angielski trener, Sean Woods . Przez ponad rok śledziłem tamtejsze wyścigi, aż pewnego dnia zdecydowałem się napisać do HKJC z zapytaniem,  czy mogę tam przyjechać. Sean uprzedził mnie, że nie ma żadnych szans abym  dostał pracę w Hong Kongu, ale ja chciałem po prostu zrobić sobie  wycieczkę życia i zobaczyć jak trenuje się konie i organizuje wyścigi "na  drugim końcu świata".

 

Po kilku tygodniach dostałem odpowiedź, że mogę przylecieć na miesiąc, pod warunkiem, że sam pokryję wszystkie koszty związane z pobytem. Sean  zaproponował, abym przyglądał się jego pracy i tak się stało. Miałem okazję widzieć również przy pracy tamtejszych weterynarzy.  Wrażenie robi nie tylko wyposażenie szpitala końskiego, ale i  przestrzeganie zasad higieny, nie mniejsze niż w szpitalach dla  ludzi.

 

W międzyczasie, Sean dowiedział się, że zwalnia się posada, na której  teraz pracuje. Skontaktował mnie z moim obecnym szefem, John'em Ridley. Ten, najpierw poprosił mnie o dokumenty związane z moją pracą w Polsce, a po kilku  dniach zaprosił na kolację. W jej trakcie, nie rozmawialiśmy o sprawach zawodowych w ogóle. Myślę, że chciał mnie poznać bliżej jako człowieka. Na  koniec powiedział mi, że mogę mieć nadzieję, ale ostateczna decyzja zależy nie tylko od niego. Rzeczywiście, teraz już wiem, że starano się sprawdzić mnie możliwie dokładnie. Nie tylko przepytano na mój temat Sean'a ale także  zatelefonowano do Polski, gdzie p.Krzysztof Wolski przez kilka minut  odpowiadał na pytania związane z moją osobą.

 

Wśród obcokrajowców pracujących dla HKJC dominują Australijczycy. Jest też sporo Anglików i trochę Niemców. Dyrektorem wykonawczym wyścigów jest właśnie Niemiec, Winfried Engelbrecht-Bresges. Z Europy Wschodniej, jestem  tylko ja.

 

Teraz właśnie zakończyłem mój dwuletni kontrakt i przedłużyłem go o kolejny rok. W ubiegłym roku Jockey Club zorganizował dla mnie i dwojga  innych pracowników kurs języka kantońskiego. Bardzo mi on pomógł, ponieważ  wszyscy moi pracownicy są miejscowi, a po angielsku mówią przeważnie  bardzo słabo, albo wcale. Teraz jestem w stanie porozumiewać się z nimi w  pracy, w ich języku.

 

F: Czym Pan się zajmuje w pracy zawodowej w Hong Kongu?

 

S.W.: Prowadzę stajnię dla koni przechodzących rekonwalescencję lub wymagających     odpoczynku. Moja stajnia znajduje się poza torem, na terenie pięknego Country Club'u, około 10 km od toru w Sha Tin. Na tym torze właśnie,  znajdują się stajnie treningowe. Do mnie przychodzą konie od wszystkich trenerów.

 

W mojej stajni konie nie chodzą pod siodłem. Prowadzimy je jedynie na  padoki, do maszyny lub są prowadzane w ręku. Moja praca polega na kierowaniu pracą ludzi i nadzorowanie przebiegu rekonwalescencji. Chodzi też o zauważenie ewentualnych kontuzji, które się  pojawiają, pilnowanie terminów zabiegów oraz ścisła współpraca z lekarzami  weterynarii. Na bieżąco informuję też trenerów, o stanie zdrowia ich koni.

 

Dodam, że oprócz mojej stajni, na terenie Country Clubu znajdują się też stajnie dla koni, które zakończyły już karierę. Właściciele koni, mogą je nadal utrzymywać, lub zrzec się ich na rzecz Jockey Clubu. Emerytowane konie próbowane są w sporcie.

 

F: Jak dużo koni przebywa w Pana stajni?

 

S.W.: Różnie. Na początku sezonu, jest ich oczywiście mniej, potem stopniowo  przybywa. Kiedy sezon się kończy, a więc w maju i czerwcu, oraz w czasie  przerwy między kolejnymi sezonami, jest nawet lista koni oczekujących na przyjazd do mojej stajni. Maksymalnie  miałem pod opieką 58 koni.

 

F: Jak wyglądają wyścigi w tym egzotycznym dla Polaków kraju? Ile jest torów?

 

S.W.: Są dwa tory. Starszy położony jest w Happy Valley, na wyspie Hong Kong. Jest on otoczony przez stłoczone wieżowce. Typowe wyobrażenie Polaków o tym jak wygląda Hong Kong i jak się tam żyje, pochodzi właśnie z oglądania pocztówek i filmów kręconych na wyspie. Do Happy Valley konie dowożone są jedynie na wyścigi, które odbywają się tam wieczorem, we środy. Obwód bieżni to 1400 metrów, z bardzo ostrymi zakrętami. Na tym torze są tylko wyścigi po trawie.

 

Drugi tor wyścigowy leży na stałym lądzie, w Sha Tin. Został on oddany do użytku na jesieni 1978 roku. Tam też znajduje się ośrodek treningowy, ze wszystkimi stajniami wyścigowymi. Obwód bieżni trawiastej ma 1600 metrów. Wewnątrz są dwie bieżnie treningowe, z tym, że ta większa służy również do rozgrywania wyścigów "all weather".

 

F: Czym różnią się wyścigi w Hong Kongu od wyścigów w Polsce?

 

S.W.: Zacznę od tego, że Hong Kong Jockey Club jest bardzo szanowaną instytucją. Nie tylko corocznie dostarcza ogromne sumy do budżetu Hong Kongu, ale prowadzi także rozległą działalność chrytatywną. Jockey Club jest również najbardziej pożądanym pracodawcą. Kiedy po zakończeniu ostatniego sezonu, zorganizowano dni otwarte dla chętnych do pracy na różnych stanowiskach, w ciągu trzech dni zgłosiło się 1700 osób. 

 

To co najbardziej odróżnia wyścigi w H.K. od tych, np. w Polsce to to, że tam najważniejszy jest gracz - nie trener, dżokej czy właściciel konia, ale właśnie gracz. To oczywiście nie przeszkadza, aby każda z tych grup ludzi miała swoją satysfakcję z wyścigów. Gonitwy organizowane są dla totalizatora. W Hong Kongu nie ma hodowli  koni. Nie ma na to miejsca ani warunków klimatycznych. Przeważająca większość biegających koni to wałachy. Jest trochę ogierów. Obecność klaczy w wyścigu to rzadkość. Jest ich na torze tylko kilka. 

 

Bardzo istotne jest również to, że Jockey Club organizuje zarówno same wyścigi, jak i totalizator.

 

F: Ile koni jest w treningu wyścigowym?


S.W.:  Około tysiąca. Ich rotacja trwa cały rok. Na miejsce tych, które nie mogą już biegać, sprowadzane są nowe. Właściciele kupują zarówno konie młode, jak i te z karierą wyścigową. Te ostatnie muszą spełniać surowe warunki, co do swoich dotychczasowych osiągnięć. Konie młode to 2-latki, które przeszły już wcześniej, w kraju swojego pochodzenia, wstępny trening. W Hong Kongu koni się nie zajeżdża.

 

Chętnych do trzymania koni w treningu jest znacznie więcej niż miejsc dla koni na torze. Dlatego co roku odbywa się losowanie wśród członków Jockey Club'u i ten, komu dopisze szczęście ma prawo sprowadzić konia do treningu. Jeden właściciel nie może mieć więcej niż 4 konie. Jako ciekawostkę podam, że swojego konia na wyścigach, ma także minister finansów Hong Kongu. Mimo, że jak podałem, najważniejsze są obroty totalizatora, to wyścigi mają również  wysoką rangę sportową. Na gonitwy międzynarodowe przylatują bardzo dobre konie z całego świata. Główny mityng międzynarodowy ma miejsce w połowie grudnia i sponsorowany jest przez linię lotniczą Cathay Pacific. Kiedy leciałem tymi liniami do Singapuru, do karty pokładowej dołączona była wejściówka na ten dzień. 

 

F: Skąd pochodzą konie?

 

S.W.: Konie są głównie hodowli australijskiej i nowozelandzkiej. Są też konie  angielskie, irlandzkie, amerykańskie. 

 

F: Czy był kiedyś koń z Polski?

 

S.W.: Z całą pewnością nie. Tam raczej nikt z właścicieli koni, nawet nie słyszał o polskich wyścigach.

 

 

 

Rozmawiała: Elwira Woźniak, współpraca: Małgorzata Nawrocka

 

©2006 FINISZ. Wszelkie prawa zastrzeżone. Materał nie może być rozpowszechniany bez zgody FINISZ.