Służewiec lat osiemdziesiątych - wywiad z Andrzejem Kowalewskim
data publikacji: 17.05.2010, 17:13 | autor: elwira | liczba komentarzy: 0
Leito: Przez wiele lat był Pan pracownikiem Toru Wyścigów Konnych (TWK).
Co sprawiło, że pojawił się Pan na Służewcu?
Andrzej Kowalewski: Przeczytałem w prasie ogłoszenie o naborze do pracy. Ja, tak jak zdecydowana większość pracowników, na wyścigi przyjechałem spoza Warszawy. Pochodzę z mazur, znad jeziora Roś. Uprawiałem amatorsko wiele sportów, ale wyścigi konne wydawały mi się nieosiągalne, dlatego jak tylko nadarzyła się okazja postanowiłem spróbować. Ponieważ miałem dobre warunki fizyczne, ważyłem tylko 52 kg, łatwo otrzymałem pracę.
W tym samym czasie co ja do pracy zostali przyjęci Tomasz Kluczyński, Wiaczesław Szymczuk, Piotr Piątkowski, Andrzej Lubarski, Wojciech Olkowski, Mirosław Pilich i Andrzej Laskowski. Same dinozaury i o dziwo to ostatni polscy dżokeje. Aktualnie nie ma żadnych nowych adeptów sztuki jeździeckiej polskiej narodowości, ponieważ na Służewcu nie dba się o narybek. Żaden młody człowiek nie przyjedzie na tor do pracy, ponieważ nie ma warunków do uprawiania tego sportu. Brak też informacji o poszukiwaniu nowych pracowników.
W dzisiejszych czasach to nie jest popularne zajęcie, do tego brak możliwości zamieszkania na miejscu przy pracy w godzinach od 5 rano do 12 i od 16 do 18 jest poważnym utrudnieniem. Odstrasza też praca na czarno. Za to mamy coraz więcej pracowników ze wschodu. Być może dla nich jest to alternatywa, ale z czasem i oni zapewne będą traktować pracę tu jako szczebel w swojej karierze na zachodzie.
Leito: Jak wspomina Pan przyjazd na TWK?
A.K.: Przyjechałem pod koniec lat 70, miałem niewiele ponad 20 lat. Dostałem zakwaterowanie w hotelu i całodzienne wyżywienie. Ponieważ nie miałem zielonego pojęcia o koniach zostałem skierowany do stajni dokształcającej, gdzie przez miesiąc uczyłem się pod okiem Ludwika Kuśnieruka. Tam przeszedłem okres próbny. W tym czasie uczyłem się jak trzyma się zgrzebło i szczotkę, jak czyści się konia, jak do niego można podchodzić. Podstawowa wiedza przy obrządzaniu koni. Po miesiącu dostałem się do stajni Arkadiusza Goździka, gdzie przepracowałem prawie 15 lat. To był najlepszy okres mojej pracy. Załoga była bardzo zgrana. Doświadczona załoga naziemna i kilku młodych jeźdźców, między innymi Józef Siwonia, śp. Michał Żurek, Wojciech Olkowski. Większość z nich w tej chwili prowadzi własne stajnie.
W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tor wyścigowy był doskonałym miejscem do pracy i życia dla młodych ludzi. W tych trudnych z powodu komuny czasach, był to teren samowystarczalny. Można było uprawiać wiele rodzajów sportu. Była siłownia, korty tenisowe, boiska do siatkówki i do piłki nożnej. Można było skorzystać z sauny i łaźni, co dla jeźdźców było bardzo ważne, dla wielu niezbędne dla zachowania odpowiedniej kondycji i wagi. W hotelu przyjmował internista i dentysta.
W hotelu była też klubokawiarnia z bilardem, można było też zagrać w brydża, szachy, warcaby.
Mało tego, to jeszcze na terenie toru była też świniarnia.
Leito: W którym miejscu była świniarnia?
A.K.: Świniarnia była za stajnią Olkowskiego i Janikowskiego pod samym murem. Są jeszcze chlewki, ale zostały już dawno temu przerobione na stajnie. Heniek Łątka hodował tam byki, świnie i kury. Mieliśmy też swój ogród, swoje warzywa. Było też kino. Franek Kopecki w hotelowej stołówce wyświetlał najnowsze filmy. Zbieraliśmy się tam po pracy i razem oglądaliśmy Warunki były takie, że żyliśmy tylko i wyłącznie wyścigami na wyścigach.
Leito: Kto wtedy był prezesem TWK?
A.K.: Dyrektorem w tych latach był Leszek Gniazdowski. Niesamowicie rzeczowy, wręcz surowy człowiek. Jak gdzieś leżał choćby papierek zaraz gonił do sprzątania. Teren był niesamowicie zadbany. Może był zbyt pedantyczny, ale pilnował osobiście na całym terenie porządku i wszystkich bardzo dyscyplinował. Trochę na niego narzekali, ale jak teraz patrzę na ten teren to myślę, że taki człowiek na wyścigach by się bardzo przydał. Lubił to co robił. Był wręcz do tego stworzony. Kochał wyścigi i ludzi za murem.
Pod hotelem był i nadal jest rozległy plac gdzie odbywały się różne imprezy. Dyrekcja organizowała zawody z okazji np. dnia dziecka dla dzieci osób pracujących na wyścigach. Maluchy mogły się świetnie bawić, a do tego organizator fundował ciekawe nagrody. Często rozgrywaliśmy mecze piłki nożnej - turnieje pomiędzy stajniami. Była biblioteka, działały różne kluby zainteresowań min. fotograficzny czy plastyczno-malarski. Pamiętam też, jak na zaproszenie przyjechał na wyścigi Generał Skalski - człowiek legenda i opowiadał nam, jak naprawdę wyglądała bitwa o Anglię.
Leito: Jak wyglądał dzień roboczy w stajni?
A.K.: Zależało to od pory roku. Każdy pracownik stajenny miał 4 konie pod opieką, tak zwane konie standardowe, a pozostałe, przy których pracowaliśmy, były to konie nadliczbowe, których można było mieć nawet 4.
Zimą przychodziliśmy na godzinę 6 i pracę zaczynaliśmy od obrządku własnych 4 koni.
Konie były karmione 3 razy dziennie samym owsem tylko przez koniuszego. Najlepsze konie dostawały go troszeczkę więcej od pozostałych. Rano karmiono najpóźniej o 5 rano i była to 1/3 porcji obiadowej. Dwa razy w tygodniu przygotowywano mesz.
W każdej stajni było sporo amatorek. Wszystkie musiały być w stajni na 6 rano. Pomagały w lekkich pracach w stajni. Te, które nie umiały jeździć, uczyły się między przejażdżkami, najpierw kłusować, a kiedy już dobrze sobie radziły to galopować. Te które dobrze opanowały jazdę wyścigową mogły uczestniczyć w wyścigach. Były organizowane specjalne wyścigi amatorskie. Prowadzony był też specjalny oddzielny ranking amatorski z nagrodami.
Jeźdźcy czuli się bezpiecznie, ponieważ codziennie od 7 do 12 na torze podczas treningów była karetka pogotowia i lekarz. W razi jakiegokolwiek wypadku można było liczyć na natychmiastowa interwencję.
Leito: Czy osoby które oporządzały swoje konie też na nich jeździły?
A.K.: Nie. Na 30 koni w stajni było 7 ludzi i koniuszy
Od godziny 6 konie były czyszczone, a potem trener przydzielał je jeźdźcom. Wyjeżdżaliśmy w siedmiu, ośmiu na jedną przejażdżkę. Zimą jeździliśmy krócej i bardzo wolno, czasami tylko kłusa. Ważne, żeby konie trenowały codziennie. Zimą pracowaliśmy do godziny 12.Na popołudniowy obrządek przychodziło się tak jak teraz, czyli o 17. Między 17 a 19 oporządzało, karmiło i czyściło się konie.
Wiosną i latem przychodziliśmy do pracy bardzo wcześnie. Na godzinę 5 rano wszyscy musieli być w stajni. Na początek obrządek a potem były przejażdżki. W upalny dzień kończyliśmy już o godzinie 10, czasami nawet 9. Ważne, aby konie nie trenowały w upale tylko odpoczywały w stajni.
Konie były różne. Zdarzały się takie, których nie dało się zajeździć, ale było ich mało. Pamiętam jeden taki przypadek, kiedy młody koń po osiodłaniu uciekł ze stajni i zabił się uderzając łbem o gnojownik. Pamiętam też klacz. Nazywała się Opuszka. Miała bardzo trudny charakter, w stajni zrzuciła wszystkich jeźdźców po kolei. Nie oszczędziła nikogo. Ten kto miał ją siodłać dostawał nagle potrzebę pójścia na stronę. Jednak drogą selekcji takie konie były usuwane z hodowli. Były też konie, które po założeniu siodła zachowywały się jakby nosiły je od urodzenia. W dużej mierze ich zachowanie zależy od sposobu obchodzenia się ze źrebakami w stadninie od pierwszych chwil jego życia.
Leito: Czy to nie były czasy, kiedy konie prowadzało się w ręku?
A.K.: Nie to były lata 60. Tamte czasy znam tylko z opowiadań. Była wówczas mniejsza ilość koni, po 14 czy 15 koni w stajni i po 7 ludzi do pracy przy nich. Był na to czas. Zapewne jest to lepsze dla konia, bo ma bardzo duży kontakt z człowiekiem. Teraz z przejażdżki koń idzie prosto do maszyny i zupełnie inaczej koń się zachowuje.
Po jeździe każda ze stajni miała kawałek terenu do sprzątania np. ja jak pracowałem u Arkadiusza Goździka, to mieliśmy do posprzątania kawałek od naszej stajni do szpitala.
Leito: To duży odcinek. Czy codziennie musiał być sprzątnięty?
Nie, nie codziennie, ale co najmniej raz w miesiącu. Usuwało się piach. Nie zamiataliśmy drogi, bo od tego były inne załogi. W tamtych czasach takimi sprawami zajmowało się mnóstwo osób. Była załoga do układania kanatów, inna do pielęgnacji toru i inna do sprzątania. Byli hydraulicy, malarze, murarze.
Jak wyglądały wyścigi w tamtych czasach?
A.K.: Przede wszystkim bardzo dużo ludzi przychodziło na tor. Trybuny pękały w szwach, wszędzie długie kolejki do kas, ludzie przeciskali się między sobą, aby cokolwiek zobaczyć. Atmosfera była niesamowita i ten doping na finiszu. Na największe nagrody przychodziło nawet kilkadziesiąt tysięcy osób. Wstęp był darmowy dla wszystkich.
Dziś w radio słuchałem –jest taki program gdzie podają relacje z wyścigów konnych – i chwalili się, że na wyścigi przyszło1000 osób. Tysiąc ludzi to przychodziło kiedyś pod tą trybunę gdzie na Wrocław się grało, to był czwartek. W czwartki przychodziło się na Wrocław, a środa, sobota i niedziela to był dzień wyścigowy u nas. Na Wrocław przychodziło tyle ludzi, co teraz do nas na wyścigi, a wtedy był tylko przekaz telefoniczny.
Leito: Na jakie wynagrodzenie i profity mógł liczyć pracownik stajni wyścigowej?
A.K.: Młody człowiek początkowo był młodszym jeźdźcem, potem jeźdźcem, a potem starszym jeźdźcem. Koniuszym był zawsze starszy człowiek, zasłużony, który już nie jeździł tylko zajmował się nadzorem. Była odpowiednia hierarchia wśród pracowników, która miała odzwierciedlenie finansowe.
Dostawaliśmy pieniądze za swoje 4 konie, plus nadliczbowe. Za konie, które prowadziliśmy do wyścigu również dostawaliśmy wynagrodzenie. Było tak jak to się mówi za komuny - płacili za wszystko. Prawdę mówiąc my byliśmy grupą zawodową o zarobkach porównywalnych z zarobkami górników - takie pieniądze kiedyś tu były.
Płatne były też zajażdżki młodych koni. Dostawaliśmy również procent od sprzedanych koni. Od ceny sprzedanego konia procent szedł na wyścigi i stajnia, w której koń był trenowany dostawała odpowiednią sumę.
Pracownicy też?
A.K.: Tak, pracownicy też. Wszyscy, czasami nie było rozgraniczenia trener czy pracownik stajenny, tylko równo było dzielone. Ponadto po gonitwach międzynarodowych, tak jak to miało miejsce kiedy Czubaryk był drugi w gonitwie Europy w Baden-Baden premia dla stajni była bardzo wysoka. Pieniądze dostawali nawet amatorzy.
Mieliśmy kiedyś w stajni klacz Penicylinę. Ona została sprzedana chyba za milion dolarów. 5 czy 10 % poszło na stajnię. Wtedy 10 dolarów to zarabiało się na miesiąc - to na tamte czasy były niewyobrażalne pieniądze. Ponadto mieszkaliśmy w hotelu gdzie zapewnione było całodzienne wyżywienie.
Była szansa otrzymać mieszkanie na torze, ale było bardzo trudno. Mieszkania nie dostawali ludzie z przypadku. Nie było takiej możliwości żeby ktoś po roku, czy po dwóch dostał mieszkanie. Musiał co najmniej 10 lat przepracować, żeby np. w baraku dostać lokal. Oczywiście dopóki nie było nowego bloku. Dopiero po jego wybudowaniu była bardzo duża roszada.
Pamiętam jak Dul i Kozłowski mieszkali w barakach przy stawie. W zasadzie wszyscy dżokeje tam mieszkali. Mazurek mieszkał w hotelu, ale tym starym na górce. Ten hotel już jest do rozebrania – to taki długi, zrujnowany barak. Potem dopiero wybudowali hotel, który stoi do dziś.
Leito: Jak wspomina Pan swój debiut na zielonej bieżni?
A.K.: Po 5 latach pracy w stajni, trener Goździk zapisał mnie do wyścigu. Jechałem na arabie, który nazywał się Don. Był to bardzo dobry, pozagrupowy arab, ale karierę miał już za sobą. Jechałem pod ulga wagi w wyścigu niższej grupy i musiałem ważyć 60 kg. Nie musiałem więc schudnąć i mogłem jechać w dużym siodle. Byłem chyba czwarty, albo 5. Przeżycie niesamowite. Miałem sucho w gardle, a nogi drżały mi tak, że nie wiedziałem co się dzieje. A to wszystko ze strachu, żeby dobrze wypaść.
Potem jechałem jeszcze kilka razy, ale bez sukcesów. Zająłem się innym sportem, który pochłonął mój czas. Na terenie była siłownia, atlas, profesjonalne ciężary, hantle, ławeczki. Z kilkoma kolegami pod nadzorem mojego nieodżałowanego kolegi „Pikusia” dbaliśmy o naszą tężyznę fizyczną. Treningi 4 razy w tygodniu spowodowały, że w krótkim czasie z 52 kg zacząłem sporo przybierać na wadze i po 2 latach ważyłem 90 kg. Potem jak zmarł Olek Poniedzielski siłownię ktoś zamknął, a sprzęt rozdano. W taj chwili hula tam wiatr i nie ma nawet drzwi.
Leito: Gdzie Pan jeszcze pracował poza stajnią trenera Goździka?
A.K.: Pracowałem u trener Nieory około 6 lat, ale już zupełnie za innych czasów. Były to czasy po prywatyzacji. Nie narzekam, ale już powoli wszystko się waliło, nie można było niczego wyremontować. Coś się łatało bez przerwy najtańszym kosztem, prowizorycznie, żeby koniom nie kapało na głowę, ale pani trener robiła to za własne pieniądze.
Leito: Jak Pan ocenia dzisiejsza sytuację wyścigów?
A.K.: W tej chwili wyścigi to ruina. Panowie z TS mogliby się przejść po terenie i zobaczyć tą perełkę architektury. Rozpadające się stajnie, wszechobecny brud, a teren za hotelem może konkurować z dżunglą. Mieszkania w krytycznym stanie, rozpadające się dachy i grzyb. Ostatnia zima pokazała opłakany stan zabytkowych budynków mieszkalnych - wszystkie mieszkania na drugim piętrze zostały zalane.
Podwyższanie czynszu trenerom i lokatorom niczego nie rozwiąże. Brak jest pomysłu na funkcjonowanie tego kompleksu. Nikomu nie opłaca się trzymać konia, który wygrywa czwarto grupowe gonitwy. Nawet koń z drugiej grupy nie zwraca zainwestowanych w niego środków. Kiedyś nawet przeciętne konie potrafiły na siebie zarobić. Czy pojawi się szansa, na ożywienie toru bez zniszczenia go i wysiedlenia mieszkańców i koni, to zależeć będzie głównie od dobrej woli właścicieli terenu.
Rozmawiał: Leito






Dodaj komentarz
Komentarze (0)